Podtytuł tego tekstu mógłby brzmieć: jak polskie kino wstaje z kolan, i dlaczego Wszystko Co Kocham do tego wstawania się nie przyczynia. Coś drgnęło w ostatnich miesiącach w polskim kinie, zaczęło się dziać, poruszenie. Trzy dobre filmy w ciągu jednego roku, coś niebywałego, biorąc pod uwagę, że dobre, polskie filmy tej dekady możnaby zliczyć na palcach obu rąk. A i tak pewnie dosięgnąłby nas palcowy nadmiar.
Zaczęło się od Wojny Polsko - Ruskiej, który to mogę nazwać chyba najlepszym polskim filmem od wielu, wielu lat. W wersji książkowej czytałem to może w wieku 13-14 lat i nawet nie pamiętam czy cokolwiek z niej rozumiałem - teraz gdybym poczytał pewnie bym się zaśmiał lub szybko skończył. To nieistotne. Ważne, że Żuławski wyciągnął z niej 150%, tchnął w nią nadrealizm, idealnie dobrał aktorów, którzy wręcz mistrzowsko odegrali swoje role. Szyc i Gąsiorowska - pokłony, kurwa.
Rewers, film skrojony bez żadnych kompleksów (co u nas jest niestety rzadkością), lekki, zabawny i bezstresowy, spokojnie mógłby lecieć gdzieś tam za granicą w Zone Europa, w niedzielne popołudnie. Kino europejskie, nie polskie. To smutne, że to powód do dumy, ale niestety tak jest. Obraz podnoszenia się rodzimego kina uzupełnia swojski Dom Zły.
To by było na tyle, jeśli ktoś chciałby genezy tego, dlaczego chciało mi się w tę sobotę ruszyć dupę i iść na Wszystko co kocham. Mamy dobrą serię, ja do kina nie chodzę maniakalnie, więc jak już mam ochotę, to na coś polskiego.
Lecz ten film nie jest dobry. Pierwszym grzechem ciężkim, jakim popełnił Borcuch, to to, że zaczął kręcić film, mając pomysł na film, lecz nie mając pomysłu na fabułę. Bo jej właściwie zbytnio nie ma, na ekranie oglądamy kilka przewijających się wątków, scen, lecz czym one są powiązane? Niczym, oprócz wypunktowanej listy rzeczy 'do przypomnienia'. WCK nie ma mocnego kręgosłupa fabularnego, a już na pewno nie takiego, który trzymałby przy ekranie. Cały film niby kręci się wokół oczekiwania na list z festiwalu, przez więkoszść czasu nawet chuj wie jaki to festiwal. Kręci się niby obok miłości młodego punkowca do małej Fryczówny, lecz są i momenty, w których przez ileśtam minut nie ma tam o tym ani słowa. Są wątki, jak wyjazd do babci, które nie odnoszą się wcale do czegokolwiek i kogokolwiek. Zapychacze czasu. Więc o czym niby jest ten film, na co mam czekać do jego końca? Sam nie wiem. Oczekiwałem filmu, a nie mini opowiastki w klimacie vintage.
Druga sprawa to dialogi, właściwie ich słabość. Nie przytoczę konkretnych, bo już nie pamiętam, ale od razu zrobiły na mnie złe wrażenie. Uwypuklają słabość młodych aktorów, bo ich 'kurwa', 'chuj' i tym podobne słowa brzmiały bardzo sztucznie, tak jak rozmowy na trzepaku. Trochę inaczej ma się to na linii Janek - Basia. W ogóle Frycz bardzo wyciąga ten film do góry. Gdyby nie jej słodka twarzyczka, talent, cycki i włosy na piczce - byłaby bryndza. Podobnie Kościukiewicz, który jednak ma w sobie coś, co jego postać uwiarygodnia. Da się w niego uwierzyć.
Nie da się uwierzyć za to w jego ojca, granego przez Chyrę, i to jest 3 grzech główny, grzebiący ten film. Wyobraźcie sobie to: rok '81, wojskowy, odnoszący sukcesy. Sukcesy wojskowego w '81. Ma on dorastającego syna, który przez szczeniacki, idealistyczny wybryk sprawia, że: wojskowy w '81 traci pracę, cała rodzina traci dach nad głową, sprowadza na nich masę problemów, muszą przeprowadzić się na wieś. Co robi typowy, szanujący się wojskowy w '81? Tak, **klepie przyjacielsko syna po plecach**. W tle hasają krasnoludki, matka Janka zamienia się w wróżkę i razem odlatują na latającym dywanie do Kuala Lumpur. Prędzej uwierzę w świętego mikołaja, niż w takiego pana wojskowego. Sorry, ale to się nie trzyma trochę kupy, to ma być jebany film, a nie Na Wspólnej. Kurwa.
Za to świetnie ogląda się ogląda te wszystkie sentymentalne pierdolniki, uśmiecha się gdy widzi się te ciuchy, kolory, czy jakieś pamiętne elementy wystroju, które gdzieś tam u babki czy ciotki stoją jeszcze w salonie. Mnie sprawia to przyjemność, więc co dopiero moim rodzicom, którzy przeżywali to bezpośrednio. Myślę, że to film skierowany bardziej do nich.
Kolejnym plusem na pewno jest brak typowej dla polskiego kina sztampy, przesadnego symbolizowania i tym podobnych rzeczy. Brak tu zabaw w romantyczniejszego Wajdę. Historia miłości w czasach prlu, a nie walki z prlem w czasach prlu. Kupuję to.
Ten film nie jest zły. Może tylko ja jestem zły na reżysera, że zrobił przeciętny film, z czegoś co mogło być bardzo dobre. Zamiast mocnej, ciekawej historii w klimacie lat '80 dostaliśmy ładną, kolorową pocztówkę, lecz niestety bez treści.



5 komentarzy:
nie za duzo tych kurw bejbe?
Offtop:
Zły link na Muzykofilii.
fabuły ewidentnie brak. plus za przywołanie miłych wspomnień, kiedy to spożywało się wino Wino w plenerze, by zaraz potem udać się na koncert punkowej kapeli. pierwsza myśl po wyjściu z kina: "cholera. jak przyjdzie wiosna, pójdę w jakieś chaszcze, coby sobie przypomnieć ten cudowny smak siarki"
''Nie da się uwierzyć za to w jego ojca, granego przez Chyrę''
Jak to nie? po pierwsze Chyra gra genialnie (jak zwykle),
A po drugie to film pokazuje niejednoznaczność tamtych czasów: także wśród funkcjonariuszy systemu znajdują się przyzwoici ludzie jak np. ojciec Janka, analogicznie ojciec Basi mimo iż jest działaczem solidarności jest ukazany w raczej negatywnym świetle.
Nie wiem co masz do dialogów -wydają się dosyć realistyczne,bliskie mowie potocznej - chyba o to chodziło
''włosy na piczce'' -LOOOOOOOOOOOOOOOL!!!
A film calkiem niezly- takie nostalgiczne kino o dojrzewaniu w określonych realiach
Prześlij komentarz