08 lutego 2010

0.003 Sittin in a broken van


Sitting on a highway, in a broken van / thinking of you.. again

06 lutego 2010

0.02 czyli Wszystko Co Kocham



Podtytuł tego tekstu mógłby brzmieć: jak polskie kino wstaje z kolan, i dlaczego Wszystko Co Kocham do tego wstawania się nie przyczynia. Coś drgnęło w ostatnich miesiącach w polskim kinie, zaczęło się dziać, poruszenie. Trzy dobre filmy w ciągu jednego roku, coś niebywałego, biorąc pod uwagę, że dobre, polskie filmy tej dekady możnaby zliczyć na palcach obu rąk. A i tak pewnie dosięgnąłby nas palcowy nadmiar.
Zaczęło się od Wojny Polsko - Ruskiej, który to mogę nazwać chyba najlepszym polskim filmem od wielu, wielu lat. W wersji książkowej czytałem to może w wieku 13-14 lat i nawet nie pamiętam czy cokolwiek z niej rozumiałem - teraz gdybym poczytał pewnie bym się zaśmiał lub szybko skończył. To nieistotne. Ważne, że Żuławski wyciągnął z niej 150%, tchnął w nią nadrealizm, idealnie dobrał aktorów, którzy wręcz mistrzowsko odegrali swoje role. Szyc i Gąsiorowska - pokłony, kurwa.
Rewers, film skrojony bez żadnych kompleksów (co u nas jest niestety rzadkością), lekki, zabawny i bezstresowy, spokojnie mógłby lecieć gdzieś tam za granicą w Zone Europa, w niedzielne popołudnie. Kino europejskie, nie polskie. To smutne, że to powód do dumy, ale niestety tak jest. Obraz podnoszenia się rodzimego kina uzupełnia swojski Dom Zły.
To by było na tyle, jeśli ktoś chciałby genezy tego, dlaczego chciało mi się w tę sobotę ruszyć dupę i iść na Wszystko co kocham. Mamy dobrą serię, ja do kina nie chodzę maniakalnie, więc jak już mam ochotę, to na coś polskiego.

Lecz ten film nie jest dobry. Pierwszym grzechem ciężkim, jakim popełnił Borcuch, to to, że zaczął kręcić film, mając pomysł na film, lecz nie mając pomysłu na fabułę. Bo jej właściwie zbytnio nie ma, na ekranie oglądamy kilka przewijających się wątków, scen, lecz czym one są powiązane? Niczym, oprócz wypunktowanej listy rzeczy 'do przypomnienia'. WCK nie ma mocnego kręgosłupa fabularnego, a już na pewno nie takiego, który trzymałby przy ekranie. Cały film niby kręci się wokół oczekiwania na list z festiwalu, przez więkoszść czasu nawet chuj wie jaki to festiwal. Kręci się niby obok miłości młodego punkowca do małej Fryczówny, lecz są i momenty, w których przez ileśtam minut nie ma tam o tym ani słowa. Są wątki, jak wyjazd do babci, które nie odnoszą się wcale do czegokolwiek i kogokolwiek. Zapychacze czasu. Więc o czym niby jest ten film, na co mam czekać do jego końca? Sam nie wiem. Oczekiwałem filmu, a nie mini opowiastki w klimacie vintage.
Druga sprawa to dialogi, właściwie ich słabość. Nie przytoczę konkretnych, bo już nie pamiętam, ale od razu zrobiły na mnie złe wrażenie. Uwypuklają słabość młodych aktorów, bo ich 'kurwa', 'chuj' i tym podobne słowa brzmiały bardzo sztucznie, tak jak rozmowy na trzepaku. Trochę inaczej ma się to na linii Janek - Basia. W ogóle Frycz bardzo wyciąga ten film do góry. Gdyby nie jej słodka twarzyczka, talent, cycki i włosy na piczce - byłaby bryndza. Podobnie Kościukiewicz, który jednak ma w sobie coś, co jego postać uwiarygodnia. Da się w niego uwierzyć.
Nie da się uwierzyć za to w jego ojca, granego przez Chyrę, i to jest 3 grzech główny, grzebiący ten film. Wyobraźcie sobie to: rok '81, wojskowy, odnoszący sukcesy. Sukcesy wojskowego w '81. Ma on dorastającego syna, który przez szczeniacki, idealistyczny wybryk sprawia, że: wojskowy w '81 traci pracę, cała rodzina traci dach nad głową, sprowadza na nich masę problemów, muszą przeprowadzić się na wieś. Co robi typowy, szanujący się wojskowy w '81? Tak, **klepie przyjacielsko syna po plecach**. W tle hasają krasnoludki, matka Janka zamienia się w wróżkę i razem odlatują na latającym dywanie do Kuala Lumpur. Prędzej uwierzę w świętego mikołaja, niż w takiego pana wojskowego. Sorry, ale to się nie trzyma trochę kupy, to ma być jebany film, a nie Na Wspólnej. Kurwa.

Za to świetnie ogląda się ogląda te wszystkie sentymentalne pierdolniki, uśmiecha się gdy widzi się te ciuchy, kolory, czy jakieś pamiętne elementy wystroju, które gdzieś tam u babki czy ciotki stoją jeszcze w salonie. Mnie sprawia to przyjemność, więc co dopiero moim rodzicom, którzy przeżywali to bezpośrednio. Myślę, że to film skierowany bardziej do nich.
Kolejnym plusem na pewno jest brak typowej dla polskiego kina sztampy, przesadnego symbolizowania i tym podobnych rzeczy. Brak tu zabaw w romantyczniejszego Wajdę. Historia miłości w czasach prlu, a nie walki z prlem w czasach prlu. Kupuję to.
Ten film nie jest zły. Może tylko ja jestem zły na reżysera, że zrobił przeciętny film, z czegoś co mogło być bardzo dobre. Zamiast mocnej, ciekawej historii w klimacie lat '80 dostaliśmy ładną, kolorową pocztówkę, lecz niestety bez treści.

0.01

Na wstępie kilka zdań wyjaśnienia:
To nie jest przedłużenie ręki czy żywota Muzykofilii. Jeśli ktoś czekał na jej reaktywację, drugą wersję czy cokolwiek - niech nie doszukuje się jej tutaj. Właściwie miałem wątpliwości łączyć jakkolwiek tego bloga z dotychczasowym, ale chyba nie lubię pisać do 10 osób, więc zostawiłem tam odnośnik. Muzykofilia nadal jest zamkniętym rozdziałem, już bez archiwum.
Nie obiecuje, że cokolwiek napiszę tutaj o muzyce, choć to może się zdarzyć. Może się zdarzyć również, że napiszę o filmie, książce, wycieczce rowerowej, jesiennym spacerze lub czymkolwiek innym. Żartowałem z tą wycieczką. I ze spacerem. Ale mimo wszystko, będę tutaj pisał co mi się ze chce, i tym razem nie chce czytać komentarzy brzydkich, przemądrzałych malkontentów bez życia, którzy pierdolą jak mam pisać i o czym, jak to się zdarzało. I tak będę usuwał.
Z resztą, co ja pierdole, i tak pewnie mi się znudzi za chwilę, Ale skoro już kupiłem tę domenę (fajna nazwa, co?) i ukradłem layout to coś zrobię, dopóki mam ten słodki czas nudy.

Cześć.